Powrót na stare śmieci

Zdjęcie z trasy

Kilka miesięcy temu postanowiłem, że spróbuję swoich sił w dłuższych biegach terenowych. Oczywiście nie mam na myśli jakiś 100 kilometrowych biegów górskich, a raczej lokalne zawody na dystansie do 50 kilometrów. Jako człowiek czynu od razu przystąpiłem do realizacji pomysłu i zapisałem się na dwa biegi. Na przetarcie wybrałem grudniowy Garmin Ultra Race 2019 na dystansie 27 km. Natomiast docelowym startem na najbliższe miesiące jest odbywający się pod koniec lutego Trójmiejski Ultra Track na dystansie 42 km. Dopełniłem wszelkich formalności, wpłaciłem wpisowe, więc 75% pracy zostało wykonane. Pozostałe 25% to trening, czyli bułka z masłem. Trochę się pobiega i będzie ok.

Nauczony doświadczeniem wiem, że start w biegach na dystansie powyżej 40 km, bez odpowiedniego treningu, bywa bolesny. Próbowałem już eksperymentów typu przygotowania do maratonu, z obciążeniem treningowym na poziomie 20-25 km tygodniowo. Wniosek jest taki, że da się, ale nie jest to ani mądre, ani przyjemne. Na szczęście jestem już odpowiedzialnym człowiekiem, więc tym razem postanowiłem podejść do tematu z głową. Dlatego w moim planie treningowym pojawiły się długie wybiegania. W dni robocze raczej ciężko jest mi wyskoczyć na dłuższy trening, więc pozostają weekendy. A wiadomo, jak to jest z weekendami – nie zawsze spędza się je w domu. I tak było ostatnim razem, kiedy to weekend spędziliśmy w moim rodzinnym Braniewie.

Uwielbiam górki w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, ale tereny wokół Braniewa wcale nie są mniej urokliwe. Każdy, kto miał okazję eksplorować Warmię i Mazury, wie, że te tereny mają swoją magię. Jeżeli szukasz spokoju, z dala od miejskiego zgiełku, wielkich fabryk, rozwiniętego przemysłu, to ciężko szukać lepszego miejsca.

Tym razem zaplanowałem sobie ok. 19 kilometrową pętlę na trasie Braniewo-Podgórze-Garbina-Braniewo. Trasa jest rewelacyjna na weekendowy, długi bieg. Połowa to lasy, połowa to pola. Teren jest raczej płaski, ale na leśnym odcinku czeka na nas kilka podbiegów. Znam te tereny, jak własną kieszeń, więc wiedziałem, że mogę spodziewać się błota. Muszę przyznać, że nie zawiodłem się i dużą część trasy pokonałem przeskakując nad kałużami i błotnymi pułapkami. Jeżeli chodzi o samopoczucie, to było rewelacyjnie. Kilkumiesięczne budowanie bazy przynosi już pierwsze efekty i bieganie staje się powoli przyjemnością. Jeszcze 2-3 miesiące temu podczas 10 kilometrowego biegu zaliczałem 3 stany przedzawałowe. Aktualnie mogę spokojnie lecieć 20 kilometrów, słuchając muzyki i rozkoszując się widokami. I wreszcie przypominam sobie, że bieganie może być fajne.